05-01-2005, 07:54 PM
Kornchild napisał(a):Jak miło, że ktoś tu słucha PorcupineMnie w sumie zaraził nimi kumpel i wokół też nikt oprócz nas ich nie zna. Teraz powoli staramy się wszystkich wtajemniczać.W moim otoczeniu aż dwie osoby w ogóle kojarzą tą nazwę, o słuchaniu nawet nie wspomnę.
Kornchild napisał(a):Jestem w posiadaniu zaledwie 4 płyt PT, ale juz po przesłuchaniu pierwszej wiedziałam, że Steven Wilson i koledzy tworzą muzyczny świat, do którego wchodzi sie powoli, ale kiedy się już wejdzie, nie ma powrotu. Niepowtarzalny klimat tworzy nie tyko ich muzyka, ale i teksty. Nie można ująć rozpaczy w słowa lepiej niż zrobił to Wilson w "Radioactive Toy".Dokładnie. Jak to kumpel stwierdził - "można się tylko porcupinować" (swoją drogą piękne stwierdzenie) ;].
Kornchild napisał(a):Moim ukochanym albumem jest takoż "In Absentia". Jest to zecydowanie jedna z najwazniejszych płyt dla mnie, nie tylko jeżeli chodzi o twórczość Porcupine Tree.Ale musisz przyznać, że jest to coś innego niż na poprzednich płytach - w pewnym stopniu mocniejszego. Nie wiem czy ja byłbym w stanie wyróżnić jedną jedyną ich płytę, którą lubię. Wszystkie, które znam (niestety jeszcze nie wszystkie - brak u mnie chyba paru pierwszych) uwielbiam.
Kornchild napisał(a):Teraz jest "Deadwing". Przyznaję, że się trochę bałam na początku, bo jak juz mówiła, do tego świata wchodzi się powoli, ale oczywiście niepotrzebnie. Płyta jest świetna, choć moim zdanie jest bardziej dalszym podąrzaniem ściężką zapoczątkowana na poprzednim albumie, niż powrotem do korzeni. Anyway, Stefan i koledzy się spisaliMówiąc szczerze ja pierwszy kontakt z "Deadwingiem" miałem na koncercie. Wywarły tam na mnie kawałki z tej płyty naprawdę wielkie wrażenie, choć totalnie nie spodobał mi się "Lazarus" inne miały w sobie naprawdę coś i stwierdziłem, że muszę tę płytę mieć. Teraz mam i jestem wniebowzięty - świetny album.
Kornchild napisał(a):Na występie Porcupine podczas trasy Deadwing Tour 2005 byłam, więc możliwe, żeśmy się Kamael widzieliHehehe, kto wie, może staliśmy obok siebie?To był mój pierwszy koncert Jerzozwierzy i z pewnością nieostatni. Anathema postawiła poprzeczkę bardzo wysoko, ale PT sprostali wymaganiom. Mimo choroby Wilsona koncert mi przynajmniej będzie dźwięczał jeszcze długo
Co prawda np. "Lazarus" wyszedł kiepściutko jeżeli idzie o wokal i Wilson faktycznie trochę był bezuczuciowy, ale np. muzycy Opeth uważają, że jest sympatyczny chłop na codzień, więc może to ta choroba po prostu. Też na poczatku myślałam: "Gdzie do cholery jest młynek??", bo to był mój pierwszy koncert, na którym takowego praktycznie nie było. Ale to po prostu, jak mówiłeś Kamael nie ta muzyka. Może to i lepiej. Można skoncentrować się wyłącznie na muzyce, a pogo zostawić na coś badziej "żwawego". Za te dwie godziny "nieżwawej" podróży to muzycznego świata wielkie dzięki Jerzozierzom i Fanom oczywiście
Ja tam krążyłem troszkę po hali, więc bardzo możliwe, że gdzieś się minęliśmy. Dla mnie to również był ich pierwszy koncert i nie potrafiłem zrozumieć dlaczego wielu osobom on się nie podobał, bo dla mnie był fantastyczny i nawet nie śmiem domyślać sie jak wypadłby, gdyby Stefan mógł wystąpić w pełni sił (swoją drogą mam pytanie, rzeczywiście on na scenie był boso czy kumpel robił sobie ze mnie jaja? Ja tego nie widziałem, ale jeśli on rzeczywiście był chory, to brak obuwia w wyzdrowieniu pewnie mu nie pomógł ;D).Miło, że parę osób sie wypowiedziało, już myślałem, że Porków nikt tutaj nie słucha.

