03-09-2005, 07:40 PM
Od kiedy to robienie show wyklucza słuchanie przy tym dobrej muzyki i zabawę na koncercie. Manson jest prawdziwym mistrzem syntezy dżwięku z tekstem i obrazem. Każda jego płyta jest jakby odrębną wizją, innym światem w którym wszystkie elementy idealnie się ze sobą zakleszczają. Np. postać Omegi czy Comy z mechanical animals idealne psuje to wielkiego białego świata pod wszystkimi względami muzycznym, estetycznym i ideologicznym, a do tego niesie przeslanie by nie zapominać o swoich duszach i indywidualności, na rzecz idealnego człowieka wykreowanego przez telewizję. Z kolei Arch Dendy i jego kabaret świętokradztwa z The golden age of grotesque jest ukłonem w stronę takich artystów jak Dalie czy Oskar Wilde. Wątek gnijącego Chrystusa z Holy Wood symbolizuje zapomnienie o wyższych wartościach, a nie satanizm jak sądzi większość. Cały problem z Mansonem polega na tym, że jest on mylony z typową kapelą która zagra pokrzyczy i zejdzie ze sceny. Podczas gdy Manson jest artystą przez duże "A" pisanym. Jego życie osobiste nie powinno nas interesować Shekspeaier był narkomanem, Czajkowski gejem, a jednak w szkołach cenimy ich za twórczość. Każdy kto w dziesięcioletniej karierze MM widzi tylko robienie laski gitarzyście (ja się jakoś z tym nie spotkałem jeszcze) jest albo wyjątkowo ślepy, albo nie różni się niczym od trzynastolatek w różowo-lazurowych sweterkach, które zbierają namiętnie wycinki z B. Spears.

